Gmerając w zapiskach z wizyty w Schlossgut Diel – zamku, będącym ekspresją duszy właściciela – Armina Diela (redaktora Gaut Milliau, przewodnika po niemieckich winach), trafiłem na iskrę, która rozpaliła moją wyobraźnię. Armin Diel to charyzmatyczny winemaker, który przyjmując gości zaraża ich swoim entuzjazmem w stosunku do rieslinga i powoduje tzw. opad szczęki, który jest znanym przez lekarzy objawem rozpoznanym u sommelierów wizytujących piwnice.
Ta iskra to degustacja musującego Goldloch Riesling Brut Sekt 2007, świeżo zresztą zabutelkowanego wina, gdyż spoczywa ono na osadzie 36 miesięcy. Mówiąc zabutelkowanego mam na myśli butelkowanie tuż po degorgement, ponieważ wino jest produkowane identycznie jak francuskie szampany – poprzez powtórną fermentację. Jednak to jeden z niewielu wspólnych mianowników tego wina i szampana. Goldloch występuje corocznie w liczbie około 3000 butelek, natomiast przeciętny szampan znanej marki to produkcja siedmiocyfrowa (daje to nam również do myślenia jako o szampanie w kategoriach produktu “luksusowego”…)
Są oczywiście szampany butikowe, Egly Ouriet (Extra Brut Grand Cru VP spędza w piwnicy na osadzie 61 miesięcy), czy Salon (1,5 hektara pojedynczego cru – le Mesnil-sur-Oger, wino produkuje się tylko 2-3 razy na dekadę). Niemniej są to wyjątki trudno dostępne i szaleńczo kosztowne.
Goldloch prawdopodobnie z produkcją 3000 butelek znalazłby się w tym gronie. Bardzo skoncentrowany aromat łupkowego rieslinga – mango, brzoskwinia, papaja, limonka, świeży chleb. Aromaty dość niepodobne do szampana. A powiedziałbym, że niejednego szampana zawstydzające. Finisz trwał kilkanaście minut, wystarczyło godziny by wypełnić kieliszek trzykrotnie w trakcie wykładu, trudno było się oderwać od tej butelki, zdecydowanie jedno z ciekawszych bąbelkowych przeżyć, choć słowo “bąbelki” brzmi dość zabawnie i banalnie w porównaniu z tym musujacym przeżyciem.
Jednak jak u Hitchcocka zaczynało się od trzęsienia ziemi – potem było coraz lepiej. 2007 Pinot Noir Cuvee Caroline, który prezentowała Caroline Diel (winemaker uczący się m.in. w Romanee Conti). Niecałe 2000 butelek, jak opisywała Caroline “down to earth, back to the roots” – mięsne zapachy, żużel, drewno, zwierzęca skóra. Dopiero potem jeżyna, truskawka, wysuszona na słońcu trawa. Bardzo mocny kolor jak na pinot noir, długi owocowy finisz z cierpką i kwasową końcówką. Git wino jak powiedzieliby pod celą kiperzy.
Spośród białych win szero0ko prezentowanych przez gospodarza wybijał się Cuvee Victor Pinot Blanc 2008, bardzo treściwe, krwiste i wyjątkowo gastronomiczne. A zwłaszcza Burgberg Riesling Grosse Gewachs 2008, mój nr 1 jeżeli chodzi o białe wina od Diela. Bardzo zrównoważony nos, pełne usta – mineralne i mocno owocowe (jabłka Granny, mango, ananas). Gleba pod krzewami tego rieslinga – bardzo krzemienna, dająca aromaty słonawe i ziemiste, dobrze rokuje na nastepne 20-30 lat dla tego wina.
Ciekawe wrażenie wywoływały pomalowane kadzie w piwnicach Schlossgut Diel. Mieszkający u rodziny artysta przebywając w trakcie swoich wakacji w zamku, zrewanżował się za dobre wina pomalowaniem w pstre kolory kadzi fermentacyjnych, które w mrocznych piwnicznych wnętrzach nadają stęchłemu klimatowi odrobinę świeżości.
Paweł











